Translate

czwartek, 31 lipca 2014

Ojej, znowu niespodzianka:)

Właśnie dostałam przesyłkę od Mnemo, która tak napisała: ...przyjmij w zamian za luda, też drewniane, też wytwór łapek moich, a na dodatek to jest kawałek Kaczorówki:)))
Kapliczka jest nagrodą w konkursie, który zorganizowała Mnemo w czerwcu. Polegał on na wspólnym pisaniu powieści. Można ją przeczytać w komentarzach do postów (część Iczęść II).


Tę i inne kapliczki Mnemo można zobaczyć u Niej na blogu (klik). Ponieważ nie posiadam w najbliższym sąsiedztwie tak pięknych okoliczności przyrody, swoje zdjęcia zrobiłam na osiedlonych drzewach i krzakach (tak szybciutko, na potrzeby tego postu). W wolnej chwili poszukam jakiegoś "godnego" drzewa, na którym kapliczka mogłaby zawisnąć:) A tymczasem trochę szczegółów "technicznych":)




Bardzo serdecznie dziękuję Mnemo za wspaniałą nagrodę, w przy okazji pozostałym pisarkom składam serdeczne podziękowania za wspólną zabawę:)

P.S. Z tego przejęcia nie zauważyłam karteczki dołączonej do nagrody-niespodzianki:) A jest piękna i warta pokazania, a może nawet "odrobienia":)

wtorek, 29 lipca 2014

Ojej, niespodzianka:)

Czasami moi bliscy pytają mnie, jaki prezent sprawiłby mi radość. Najczęściej odpowiadam, że bilet w jedną stronę do ciekawego miejsca na Ziemi (w drugą stronę jakoś sama wrócę). Prawdą jest, że nie lubię dostawać prezentów, ale od reguły są - jak zawsze - wyjątki. Nie dotyczy to rzeczy własnoręcznie zrobionych. A poza tym baaardzo lubię niespodzianki:) Lojalnie uprzedzam, iż nie mam teraz żadnych uroczystości typu: imieniny, urodziny czy też innego rodzaju święta. Prezenty dostałam ot tak - od serca.


Na początek - serweta z różami od c. L. Piękna, bardzo starannie zrobiona, w moim ulubiony kolorze. Idealnie pasująca do... czego tylko zapragnę:)



Druga niespodzianka to prezent od Marii, która robi różne cudeńka, np.: ptaszek, dwa ptaszki, kotek. Wyraziłam kiedyś swój zachwyt i... mam swojego sumakowego ptaszka:)
Nie ukrywam, że drewno sumaka octowca zaintrygowało mnie. Ma piękny intensywnie żółtobrązowy kolor,  z wyraźnymi słojami, które swoim wyglądem przypominają przekroje agatów.
Przy okazji wyszperałam ciekawostkę, że kiedyś Indianie w Ameryce Północnej ze świeżych nasion sumaka robili orzeźwiające lemoniady ("indian lemon") - akurat dobre na tegoroczne upały:) O tym i o jego innych zastosowaniach można po angielsku przeczytać tu (klik) lub tu (klik).
Na stronie "Maja w ogrodzie" znalazłam przepis na syrop z sumaka.




No i na koniec - niespodzianka od Miki. Szkoda, że tego, co jest w słoiku, nie da się opisać. Po prostu morelowe "niebo w gębie":) Od razu przyznam, że dostałam jeszcze jeden prezent, który zawierał pyszności z truskawek. Konfitura była tak dobra, iż nie dotrwała do sfotografowania jej. Gdyby ktoś chciał przepis, to polecam. Trzeba się tylko przebić przez ponad 200 komentarzy, ale taki jest urok Pastelowego kurnika:)


Myślę, że podane przykłady prezentów-niespodzianek świetnie pasują do sentencji Alana Alexandra Milne'a: "Sztuka dawania podarunku polega na tym, aby ofiarować coś, czego nie można kupić w żadnym sklepie". Dziewczyny - sprawiłyście mi ogromną radość i bardzo Wam za to dziękuję:)

P.S. Wynikł problem koloru dżemu - więc opisuję:
Dżem morelowy autorstwa Miki jest koloru pomarańczowo- żółtego, czyli morelowego:) z drobinami aromatycznego cynamonu. Każda łyżeczka tego przetworu zawiera w sobie nutkę wspomnień z egzotycznej Armenii i mistycznych Niebiańskich Gór. Od wieków morela jest symbolem piękna i młodości, dlatego też z każdą porcją zjadanego dżemu skóra staje się bardziej jędrna, gładka i urodziwa.
Specjalistami od moreli było himalajskie plemię Hun, przekonane, że jeśli mężczyzna nie zasadzi swojego drzewka, czeka go marny żywot starego kawalera.[źródło] Hunowie słynęli ze swej długowieczności, więc warto jeść morele:)

piątek, 25 lipca 2014

Biesy i czady...

... czyli Bieszczady raz jeszcze:) Na prośbę Dobrych Znajomych zamieszczam krótką (!) fotorelację z mojego ostatniego pobytu w Bieszczadach. O Siankach i Grobie Hrabiny już pisałam, tym razem post dotyczy pozostałych miejsc odwiedzonych przeze mnie podczas wyjazdu. Uprzedzam lojalnie: będzie mało słów i dużo zdjęć:) 
A skoro biesy - to na początek ulubiony diabełek z cerkwi w Smolniku. Darzę tę rzeźbę sentymentem, od kiedy tylko zobaczyłam ją pierwszy raz:)



Odwiedziłam jeszcze cerkiew p. w. św. Mikołaja w Chmielu, słynną m. in z tego, że o mały włos nie uległa spaleniu podczas kręcenia pożaru Raszkowa w "Panu Wołodyjowskim". 



Byłam także w Caryńskiem - nieistniejącej obecnie wsi. Przez Przysłup, zahaczając o Kolibę, pierwszy raz w życiu zielonym szlakiem weszłam na Połoninę Caryńską (w ubiegłym roku próbowałam ten odcinek pokonać po metrowym śniegu i we mgle - na szczęście krztyna rozsądku przemówiła do mnie). Niestety i tym razem nie nacieszyłam się widokami. Zaczęło siąpić, padać, lać... Powtórne wejście na połoninę, tym razem z Berehów Górnych, okazało się też niezbyt szczęśliwe pogodowo, w pewnym momencie nadeszła burza z piorunami (udało się zejść bezpiecznie w stronę Przełęczy Wyżniańskiej).



Jak widać po fotografiach pogoda była zmienna:) Najczęściej do południa było pięknie i upalnie, a po południu "chodziły burze" - jak ta nad Połoniną Wetlińską (na szczęście udało się schować w Chatce Puchatka, aż dziw, że pomieściła tylu turystów:) Przy okazji nadmieniam, że wejście od strony Zatwarnicy przez Suche Rzeki żółtym szlakiem ma swój urok - zupełnie nie ma tu turystów:)



Efektem dodatkowym burz było .. bieszczadzkie błoto, z którym miałam tym razem duuużo do czynienia:) Najwięcej było go na szlaku Dwernik - Chata Socjologa na Otrycie, ale opłacało się tam wejść choćby dla takiego widoku jak na zdjęciu poniżej, a przede wszystkim dla odczucia gościnności i "twórczej" herbaty, którą uraczono przy okazji miłej pogawędki:)




Otryt, jak na magiczne miejsce przystało, posiada "portal" do Lutowisk, ale nie skorzystałam z niego. Grzecznie, po zahaczeniu o Trohaniec (939 m n. p. m., byłam tam pierwszy raz w życiu), zeszłam do miejscowości, nie omijając oczywiście Chreptiowa:)



Przy okazji pobytu w Lesku "odnalazłam", zapamiętane z pewnej podróży sprzed ponad dziesięciu lat, ruiny zamku Sobień z przepięknym widokiem na San.


Zwiedziłam też ruiny klasztoru ojców Karmelitów Bosych w Zagórzu (tyle razy byłam w pobliżu i nie zdawałam sobie sprawy, że taką "perełkę" omijam:) Może kiedyś opiszę to miejsce dokładnie:)


Wędrowałam też śladami Wincentego Pola, zahaczając o zamek w Lesku i ruiny dworu w Kalnicy koło Baligrodu. W trakcie mojego tegorocznego pobytu zwiedziłam łącznie dziewięć cmentarzy, w tym jeden bardzo szczególnie:) Fotografowałam stare nagrobki na wspomnianych cmentarzach i przydrożne kapliczki.


Wychodziłam rano, wracałam wieczorem:)


A skoro mowa o wieczorze, widziałam też bieszczadzkie niebo nocą:) Brałam udział w pokazach astronomicznych w Parku Gwiezdnego Nieba "Bieszczady" w Stuposianach. Proszę zajrzeć do galerii - są tam niesamowite fotografie robione w okolicy, w której przebywałam:)

Było już o biesach, teraz będzie o czadach:) Znalazłam w Procisnem przepiękną kapliczkę, niestety - pustą. Może anioł, który w niej mieszka, właśnie wędruje po górach? Ot, taki zwykły, zielony bieszczadzki anioł... Warto posłuchać - Bieszczadzkie anioły (słowa: Adam Ziemianin, muzyka: Krzysztof Myszkowski). 


Jeśli ktoś przebrnął przez długą przygrywkę, to usłyszał początek znanego żeglarskiego przeboju "Gdzie ta keja":) W nawiązaniu do tego klimatu mój post mógłby mieć tytuł "Anioły, żywioły, diabły i co tam jeszcze..." - polecam Anioły, żywioły (słowa i muzyka: Mirosław Kowalewski). Podśpiewuję tę piosenkę, gdyż... już niedługo wybieram się nad morze, co prawda nie na żagle, ale zawsze to trochę wody będzie:)

Na koniec bardzo serdecznie dziękuję K., właścicielce gospodarstwa agroturystycznego "Pod Lipami" w Procisnem - za gościnę, M. - za towarzystwo, a wszystkim życzliwym ludziom - za podwożenie na miejsce bez zwracania uwagi na stan ubłoconych butów:)

P.S. Mam przy okazji pytanie - czy ja przypadkiem nie powinnam mieć jakiegoś pojazdu? W trakcie mojej wędrówki po Bieszczadach korzystałam z autobusów, busów, autostopu (kto dziś jeszcze pamięta "Podróż za jeden uśmiech"?). Przeszłam - często z trudem - wiele kilometrów piechotą... Może, gdybym miała swój pojazd, dotarłabym do ciekawszych miejsc? Nie tak dawno zamieściłam ogłoszenie, że chętnie odziedziczę wehikuł. Nadal jest aktualne:)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...