Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wolontariat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wolontariat. Pokaż wszystkie posty

Pan Samochodzik i król drzew

- Jutro ma być piękna pogoda, dasz się namówić na wycieczkę?
- Oczywiście, a gdzie jedziemy?
- To niespodzianka.
***
- Cześć. Ta pogoda nie zepsuje naszych planów. Jakby co, to weź kurtkę przeciwdeszczową.
- Dobrze. I wygodne buty też wezmę.

I tym sposobem, nie zważając na lekki deszczyk zamiast słońca, jechaliśmy moją ulubioną Żabą w "nieznane". Droga, z początku całkiem dobra, dość szybko zamieniła się w pełną mniejszych i większych dziur, gdzieniegdzie połatanych, a często wypełnionych kałużami. Ale kto by się tym przejmował? Przecież towarzyszyły nam kwitnące tarniny, niczym dwórki w białym korowodzie.


Deszczyk padał, padał... A my zrobiliśmy sobie krótki odpoczynek "we dworze", witani przez szpaler zielonych grabów.


W grabowej altanie można by było wypić herbatę, ale deszczyk zamienił się w deszcz.


Na szczęście kurtki przeciwdeszczowe spełniały swoje zadanie. Jedynie można było żałować braku kaloszy. 


Żaba dawała sobie wspaniale radę, jadąc po coraz gorszej nawierzchni. Mimo uroku pięknej alei grabowej, nie zdecydowaliśmy się przez nią przejechać z powodu ogromnych kałuż i wybojów. A jeszcze sto lat temu dziedzic z pobliskiego dworu jeździł tędy do kościoła...


Dziur w jezdni było coraz więcej, padającego deszczu też, ale w końcu dojechaliśmy do celu. Przed nami stał Bolko, król drzew, jeden z najstarszych dębów szypułkowych w Polsce.


Jego wiek datuje się między 400 a 800 lat, lecz mieszkańcy Hniszowa zgodnie twierdzą, że drzewo liczy ponad 1000. W obwodzie ma 875 cm i 28 metrów wysokości. Rośnie on w pofolwarcznym parku w miejscowości Hniszów w gminie Ruda-Huta. Dąb Bolko od 1959 r. objęty jest ochroną jako pomnik przyrody.
Według legend pod drzewem tym odpoczywał sam król Bolesław Chrobry wraz ze swymi wojskami podczas wyprawy na Kijów. Jako potwierdzenie podają miejscową legendę, według której w roku 1018 przed przeprawą przez Bug Bolesław Chrobry spędził noc w Hniszowie, odpoczywając pod młodym wówczas dębem. Stąd też imię Bolko ma pochodzić od zdrobnienia imienia króla Chrobrego. [źródło]
Skojarzenie imienia króla Chrobrego z nazwą dębu jest w świetle legendy dość oczywiste... A jednak... wiele wskazuje na to, że imię pomnikowego drzewa ma dziewiętnastowieczny rodowód. Otóż jedna z właścicielek tutejszego dworu - Joana Trzebińska - miała syna, którego nazwała... Bolesław. Dziecku nie dane było dożyć wieku męskiego - zmarł jako młody chłopak mając zaledwie 13 lat (w roku 1883), zaś nazwanie drzewa imieniem zmarłego syna było swego rodzaju unieśmiertelnieniem go. I zapewne także lekiem na duszę zrozpaczonej matki. Pryska zatem legenda średniowieczna, sędziwy Bolko jest  milczącym świadkiem dramatu jakich w XIX wieku odnotowano wiele. Nie zmienia to faktu, że pomnik przyrody z Hniszowa jest uważany za najstarszy i najpotężniejszy dąb Lubelszczyzny. [źródło]


Dąb Bolko w Hniszowie ma 500 lat (...) W sierpniu 2009 roku, jeden z dolnych konarów dębu złamał się i runął na ziemię. Konar ten miał 155 cm obwodu i 12 metrów długość. Jak obliczył opiekujący się drzewem dendrolog, konar liczył 247 lat. Od 30 lat był uszkodzony, od 22 lat był zaatakowany przez pasożytniczy grzyb. Na podstawie wieku konaru można precyzyjnie oszacować wiek drzewa. Zniszczony konar wyrastał na wysokości 6 m. [źródło]

Siedząc w cieplutkim wnętrzu Żaby, zastanawialiśmy się, gdzie urządzić piknik: w samochodzie czy też na łonie przyrody. Wariant "pod dębem" zdecydowanie wygrał - co tam te kilka kropel deszczu...


Patrzyliśmy się na delikatnie zieloną o tej porze roku roślinność i puszysty dywan trawy z żółto kwitnącymi zawilcami. Otaczał nas zapach ziemi skąpanej wiosennym deszczem. Wsłuchiwaliśmy się w szum drzew i głosy ptaków. Popijając wspaniałą herbatę, zajadaliśmy się pysznym sernikiem z wiśniami.
Nastrój sprzyjał rozmowom - o wszystkim i o niczym. O wiośnie, pięknie natury, tutejszych krajobrazach... O Bolku, królu drzew i o Julianie Wieniawskim, właścicielu pobliskiego majątku. Krople deszczu padały z nieba. A może to nie deszcz tylko echo fortepianowych koncertów na cztery ręce, odbywających się w pobliskich dworach?


Sąsiedztwo wiekowego dębu pomagało odczuwać historyczność tego miejsca. I chociaż po pobliskim dworze nie został żaden ślad, to ogród angielski ma się całkiem nieźle. Chcąc bliżej poznać otoczenie Bolka, można wędrować ścieżką przyrodniczo-historyczną z przepięknymi alejami, pomnikami przyrody, stawami, opisaną tu (klik) lub dokładniej tu (klik). 


- Zimno mi już, kończmy piknik i chodźmy do Żaby. I, proszę, włącz szybciutko ogrzewanie. Stóp prawie nie czuję w tych mokrych butach.


- A czy możemy jeszcze chwilę pospacerować? Wiesz... mam worek na śmieci i rękawiczki. Ja będę zbierać, ty będziesz iść obok mnie.
- Dobrze, daj jedną rękawiczkę, pomogę ci.


I tak, nie zważając na chlupocząca wodę w butach i postępujące zmarznięcie, przepędziliśmy się po wszystkich alejach, dróżkach, ścieżynach, zajrzeliśmy w zarośla, krzaki, pod zwalone pnie. Butelki szklane i z tworzywa sztucznego, kawałki folii, kapsle, szybko zapełniły worek i dodatkową dużą reklamówkę. [Te worki długo nie leżały, w powrotnej drodze mijaliśmy pracowników, zbierających podobne "znaleziska".]
Ciekawe, co myśleli okoliczni mieszkańcy, widząc nas, objuczonych workami śmieci? A zresztą... Kto by się tym przejmował.

Mamy tylko jedną Ziemię, a jej przyszłość zależy od każdego, na pozór niewielkiego, ludzkiego działania, zależy od każdego z nas. [Florian Plit, źródło]


Przemoczeni do suchej nitki, z chlupoczącą wodą w butach, w końcu ogrzaliśmy się w suchym wnętrzu Żaby. Szkoda, że gorącej herbaty w termosie już nie było... 


- To gdzie pojedziemy następnym razem?
- Gdziekolwiek. Z tobą to można konie kraść.
- Konie kraść?

- Tak, z tobą można nawet jechać na koniec świata i śmieci zbierać do rana. Tylko następnym razem weźmiemy cztery worki i dwie pary rękawiczek. I dużo więcej gorącej herbaty.

OGŁOSZENIE
Z powodu chęci dotarcia do ciekawych historycznie i przyrodniczo miejsc, cieszenia się bliskością natury, a także sprzątania otoczenia odwiedzanego przez turystów, chętnie przygarnę wehikuł. Nie musi być w zupełności taki jak pojazd Pana Samochodzika. Może mieć dowolną ilość drzwi i może palić tylko 4,2 l/100 km poza miastem. Zrezygnować mogę z amfibii oraz z kilku innych patentów, ale jestem na 200% pewna, że w pakiecie z autkiem potrzebuję OZSNS (Osoby Znającej Się Na Samochodach:))) O czerwonym kolorze nie wspomnę - to się rozumie samo przez się:)

Kot nadaje domowi duszę

Tytuł dzisiejszego wpisu to słowa Cleberta. Doskonale opisują dom, w którym miałam przyjemność ostatnio przebywać.

Co robią koty w domu z kocią duszą? Zapraszam do przeczytania opowieści, której głównymi bohaterami są: Amisia, Stefania i Hokus, koty Gosianki, prowadzącej blog Za Moimi Drzwiami.

Koty w takim domu: myją się;



pomagają w wyborze odpowiedniego ubioru;











współuczestniczą w przygotowaniu śniadania;











spokojnie czekają na swoje śniadanie:);


sprawdzają, czy naczynia są dobrze umyte;

asystują przy porannym piciu kawy i czytaniu e-maili;









bawią się ze sobą.


Czasami koty śpią w swoich kojcach,



choć wolą spać na "ludzkiej" pościeli,


a nawet przed monitorem:)
Są takie chwile, gdy koty siedzą na kolanach
i pozwalają się głaskać.










Mruczą wtedy cichutko,

a przede wszystkim czarują swoimi oczami.


Mimo tylu codziennych zajęć koty pamiętają o swoich właścicielach, tęsknią i czekają na ich powrót.











Fotografie do powyższej opowieści powstały podczas mojej ostatniej wizyty we Wrocławiu. Pojechałam tam na specjalne zaproszenie Gosianki w celu zaopiekowania się przez chwilę Jej kotkami:) O tym, co się działo podczas mojego tam pobytu, można przeczytać na blogu Za Moimi Drzwiami (wpis pt. CudKocioCiotka i cudkociopowitanie). 
Przy okazji bardzo serdecznie dziękuję, Gosianko, za zaproszenie i wiele ciepłych słów pod moim adresem (zarówno w poście, jak i w komentarzach). Jestem wdzięczna za gościnę oraz za możliwość spędzenia kilku chwil z tak wspaniałymi stworzeniami jak: Amisia, Stefania i Hokus. Czas spędzony z kotami nigdy nie jest czasem straconym. [Colette]

CDN

"Pies jest cnotą,...

która nie mogła zostać człowiekiem."

Nie mam pojęcia, którą z cnót miał na myśli Victor Hugo, wypowiadając powyższe zdanie. Może jakąś cnotę teologalną lub kardynalną? Może którąś z cnót konfucjańskich lub obywatelskich? A może wszystkie razem wzięte? Jedno wiem - Tropik, pies Miki z bloga Dzika Kura w Pastelowym Kurniku jest wzorem cnoty cierpliwości. Może ktoś powie, że takiej cnoty nie ma... Ależ jest, wystarczyło mi tylko kilka dni, w trakcie których ostatnio towarzyszyłam Tropikowi w trudnych sytuacjach, aby to stwierdzić ponad wszelką wątpliwość.





Nasze pierwsze spotkanie miało miejsce we wrześniu. Pomagałam wtedy Mice w jej domu podawać Tropikowi kroplówki. Choć robiłam to pierwszy raz w życiu, dość szybko "załapałam" o co chodzi. Piesek grzecznie wskakiwał na łóżko, układał się wygodnie i tak przez ok. 1,5-2 godz. leżał spokojnie, aż kroplówka się skończyła. Mika siedziała z jednej strony, ja z drugiej. W tym czasie mógł trochę nawet pospać, głaskany "na cztery ręce":) Już nie pamiętam, ile razy dostawał te kroplówki, ale przed każdym zabiegiem wyprowadzałam go na spacer, aby łatwiej mu było znosić długie leżenie. Z żalem patrzyłam, jak kolejny wenflon przestaje działać, a łapek już braknie, aby wkłuć się kolejny raz. Na koniec dawałyśmy już kroplówki podskórnie, ponoć mniej skuteczne, ale zawsze to jakieś lekarstwo... Przygotowywałyśmy więc te kroplówki... No, tak - w życiu bym nie ukłuła psa igłą - ja tylko trzymałam fałd skórny na grzbiecie, tzw. "namiocik", a Mika dzielnie wkuwała się w skórę. Pies cierpliwie wszystko znosił. Jedyną nagrodą był kawałeczek chałki, którym Mika się z nim dzieliła. No i spacer, na który go zabierałam dwa lub trzy razy dziennie.





W październiku byłam z Tropikiem sama, Mika musiała wyjechać. Zostawiła porządnie zrobione "instrukcje obsługi", czyli co i w jakiej ilości podawać do jedzenia, jakie leki trzeba przemycać w pożywieniu. Poprosiła też swoją koleżankę A., aby fachowo podawała kolejne kroplówki. A ja tylko głaskałam go, zmieniałam opatrunki, mówiłam cicho, aby jeszcze trochę wytrzymał.... I zabierałam Tropika na spacery:) Jaką wielką są one przyjemnością dla niego, widać na zdjęciach:) Dla mnie też:) To dzięki niemu miałam trzy razy dziennie półgodzinne przebieżki, zwiedzając przy okazji ciekawe miejsca Zakopanego:) Mimo jego choroby i osłabienia, podczas "zwiedzania" okolicy musiałam się za nim nieźle nadreptać:)))




Największą frajdę Tropik miał jednak podczas spaceru, na który wzięła nas koleżanka Miki, A. Poszliśmy wtedy na Antałówkę. Na zdjęciach, które przeglądam, widać wysoką, szczupłą i sprężystą sylwetkę A., w trawach wystaje tylko ogon Tropika, zachwyconego okolicą i przestrzenią, mnie nie widać, gdyż... nie nadążam za nimi pod górkę:) Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że koleżanka Miki była również koleżanką Jej Rodziców:)
Napisałam powyżej, że dla Tropika ten spacer był największą frajdą, ale to nie jest do końca prawda. Najbardziej był szczęśliwy, gdy po powrocie Miki udało się nam we troje pospacerować po Zakopanem. Byliśmy w kilku ciekawych miejscach. I tyle ciekawych rzeczy widzieliśmy. A najważniejsze było to, że pies towarzyszył swojej pani:)






Niestety, Mika musiała w grudniu wyjechać kolejny raz. Tropik był w tym czasie w trakcie kolejnej serii kroplówek, tym razem w przychodni. Gdyby nie to, że przywitał mnie jak zwykle radośnie, nie poznałabym stworka. Od czasu, kiedy widziałam go ostatnim razem, Tropik bardzo schudł. Nadal wygląda pięknie, ale te zapadnięte boki wzbudzają wielką żałość w człowieku. I te łapki, w które już nie można się wkłuć. Na szczęście w jednej z tylnych łap udało się umieścić wenflon, dzięki któremu w przychodni weterynaryjnej podawano Tropikowi kolejne kroplówki. Niestety, pies musiał cały czas stać. I to w dodatku nieruchomo. Proszę sobie wyobrazić małą i ciasną salkę, pełną oszklonych gablot i rysunków, przedstawiających budowę wewnętrzną psa i kota. Gorące kaloryfery, suche powietrze i... Tropika, stojącego nieruchomo przez blisko 2 godziny (dokładnie 1 godz. i 50 minut). Przez cztery dni, w trakcie leczenia nie zaszczekał ani razu, nie rzucił się na żadne inne stworzenie (psy, koty, królik), stał tylko spokojnie i pozwalał płynąć tej kroplówce. Czasami brakowało mu już sił, przysiadał wtedy na tylnych łapach. Niestety, kroplówka przestawała w takich momentach spływać. Trzeba było znów się podnosić i stać. Trochę gadałam do niego o tym i owym, trochę głaskałam po łepetynie, aby mu osłodzić czekanie na koniec zabiegu. W końcu stałam razem z nim, żeby nie czuł się aż tak bardzo pokrzywdzony. A Tropik tylko raz podczas tych wszystkich zabiegów żałośnie pisnął - pan weterynarz chyba go lekko uraził podczas bandażowania łapki. Czyż nie jest to pies, który posiadł cnotę cierpliwości?

 


Oto, co piszą w Wikipedii na temat zachowania i charakteru tropikowej rasy (gończy polski): łagodny, brawurowo odważny, zrównoważony, energiczny, zwinny, roztropny, wytrzymały, bardzo podatny na tresurę (posłuszny), znakomity, nieoceniony, skuteczny stróż domostwa. Wyborny i niezastąpiony kompan wszelkich wycieczek. Wobec właściciela i jego rodziny wierny, oddany przyjaciel, a nawet wylewny. Wobec obcych zachowuje się nieufnie i z rezerwą.
No, właśnie - a przecież ja jestem dla niego obcą osobą... I przecież mogę kojarzyć mu się z bólem, skromnymi racjami dietetycznego jedzenia, gorzkim smakiem lekarstwa, zakładaniem kagańca, udręką w trakcie zabiegów... A on ma tyle cierpliwości do wszystkich, którzy pomagają mu odzyskać zdrowie. I chyba wiem, dlaczego, a właściwie dla kogo to robi:) Po prostu Tropik jest taki cierpliwy, gdyż nie chce sprawiać przykrości  i dostarczać trosk swojej pani. Mika jest dla niego wszystkim i dla niej chce wyzdrowieć. Nawet gdyby miał stać nieruchomo przez kolejne godziny, podłączony do następnej kroplówki.

Do cnoty cierpliwości dodam od siebie, że Tropik jest faktycznie wybornym i niezastąpionym kompanem wszelkich wycieczek:) I mam nadzieję, że kiedy śniegi już stopnieją i moja ulubiona Dolina Chochołowska pokryje się dywanem krokusów, udamy się na spacer razem: Mika, ja i Tropik:)

P.S. Niektóre fotografie, użyte przez mnie, można zobaczyć w poście Tropik dziękuje.