Złoto Inków i Azteków, skarb Indian, diabelskie ziele, zboże XXI wieku, amarantus, szarłat - wszystkie nazwy odpowiadają jednej i tej samej roślinie, której wielka plantacja znajduje się przy drodze, blisko mojego domu. Odkąd zobaczyłam to pole, zaczęłam się zastanawiać: "Po co komu tyle szarłatu?" Na początku myślałam, że może ktoś to uprawia z przeznaczeniem na kompozycje roślinne. Ale aż tyle? Wczoraj sfotografowałam uprawę i, zaintrygowana, zaczęłam szukać w sieci wiadomości na ten temat. Okazało się, że to bardzo cenna roślina, prawdziwy skarb:)
Gdy Indianie zabili papieskiego wysłannika i jego krwią przyprawili amarantusowe placki, konkwistadorzy spalili na stosach wszystek szarłat – „diabelskie ziele” i symbol pogaństwa. Tak odebrali Indianom ducha walki i mogli spokojnie zająć cały kraj. Dziś amarantus wrócił na pola i został okrzyknięty „zbożem XXI wieku”, ale na wszelki wypadek święci się jego uprawy…
Archeolodzy odnaleźli ślady upraw szarłatu na terenie Argentyny, Gwatemali, Peru, Boliwii, Meksyku i w południowo-wschodnich Stanach Zjednoczonych. Był więc kiedyś popularnym składnikiem diety przedstawicieli wielkich kultur mezoamerykańskich: Inków, Majów oraz Azteków. Pierwsi jego hodowlę rozpoczęli ok. 4000 lat p.n.e. przodkowie Majów. Wiadomo, że obok kolb kukurydzy i fasoli stanowił później w ich państwie środek płatniczy. Wymienione produkty składano jako lenno władcom plemiennym. (...) Przyrządzano z niego zoale – rodzaj kleiku, tortille i napoje. Jadano też młode liście i pędy rośliny. Indianie używali ich jako warzywa i przyprawy. Indiańskie matki żuły liście amarantusa i w takiej postaci podawały je do jedzenia małym dzieciom. Szarłat stosowano także w ziołolecznictwie jako środek przeciwzapalny i moczopędny.
Ziarno amarantusa miało również znaczenie obrzędowe. Z jego mąki wypiekano placki, które w czasie pokoju spożywano z miodem, natomiast w okresie wojny ciasto z amarantusa mieszano z krwią jeńców wojennych, lepiono z niego figurki bóstw i składano w ofierze na ołtarzach. Indianie zwali amarantus „nieśmiertelnym”. Wojownicy, by zyskać nieśmiertelność, sławę i dodać sobie odwagi przed bitwą, przy dźwiękach bębnów spożywali placki z amarantusowego ciasta wymieszanego z ludzką krwią. Możemy się domyślić, co poczuli misjonarze, którzy przybyli wraz z konkwistadorami, by nawracać Indian, kiedy zetknęli się z podobnymi praktykami… Amarantus został przez nich wyklęty i okrzyknięty „diabelskim zielem”. Zaciekle zwalczano jego uprawę. Oczywiście doprowadziło to do buntu i jak głosi legenda, Indianie złapali pewnego razu mnicha, który był wysłannikiem samego papieża i przed bitwą upiekli rytualne placki z domieszką jego krwi. W odpowiedzi wściekli konkwistadorzy zniszczyli wszystkie pola obsadzone szarłatem. Wzdłuż andyjskich stoków stanęły wtedy miliony stosów, na których płonął szarłat niczym ciała czarownic i heretyków w Europie. Od tamtej pory uprawa, przechowywanie i spożywanie ziaren amarantusa były karane obcięciem ręki.
Powyższy tekst pochodzi ze strony Natura i ty. Warto tam zajrzeć i poczytać na temat cennych właściwości ziaren amarantusa. Są bardziej wartościowe od tradycyjnych zbóż. Mają same zalety:) Dziś nikt już nie obcina rąk za ich posiadanie, wręcz przeciwnie - szarłat stał się cenioną rośliną uprawną na całym świecie. Mimo że Polska leży tak daleko od ojczyzny amarantusa, istnieje u nas odpowiedni klimat do uprawy tej rośliny oraz piaszczyste gleby o alkalicznym odczynie (Lubelszczyzna i południowo-wschodnia część kraju).
Choć szarłat uprawia się w Polsce od ponad 20 lat, jak do tej pory tylko w tym jednym miejscu widziałam go na własne oczy (oczywiście oprócz kilku krzaczków w przydomowych ogródkach). I pomyśleć, że roślina jest tak cenna i ma tak ciekawą, liczącą 6000 lat, historię. A poza tym - złoto Inków mam niemalże na wyciągnięcie ręki:) A jak ładnie wygląda takie pole jesienią:) Może posiać na wiosnę poletko szarłatu - tak na wszelki wypadek, gdyby miał się znowu stać środkiem płatniczym:)
Miewam szarłat w ogrodzie i lubię go w bukietach. No i zjadamy. Z maki piekę chleb, robię ciasto do tart, czasem z dodatkiem jaglanej mąki. Dziecię nasze bezglutenowe i choć dorosłe i mieszka daleko, to jakoś tak nam zostało.
OdpowiedzUsuńOwieczko, piszesz o takich dobrych rzeczach, a ja do wczoraj żyłam w nieświadomości:)
UsuńNigdy chyba go nie jadłam, ale wiedziałam, że to cenna roślina. Jesli masz gdzie, to go posiej, będziesz miała mąkę na następną zimę :) Albo będzie środkiem płatniczym, faktycznie ;)
OdpowiedzUsuńJadłaś Lidko, w cieście tarty cebulowej u Hany.
UsuńJejku, Rogata, dopiero teraz mi to mówisz? Smakowałabym z większym jeszcze namaszczeniem! A w jaki sposób robisz z niego mąkę? W żarnach?
UsuńArte, nigdy nie widziałam uprawy amarantusa:(
Tak mi się wydawało Owieczko ,że wspomniałaś o szarłacie .Widziałam nieraz tą roślinę w ogrodach ,ale myslałam ,że służy tylko do ozdoby . Mąkę pewnie można kupić ,tylko w ekologicznych sklepach ?
UsuńLidio - niestety (albo na szczęście) nie mam pola, tylko 5 arów działki:) Ale jak mnie kiedyś głód przyciśnie - to pomyślę:)
UsuńHano - ja też do niedawna nie widziałam czegoś takiego, jak na razie jest to jedyne miejsce, gdzie rośnie szarłat w hurtowych ilościach. Ale będę się rozglądać;)
Mario - miałam kilka razy szarłat w ogródku - taki o zwisających "kłosach". Piękne bukiety można robić:)
Hana, ten chleb, który przywiozłam jadąc na tkanie był właśnie z maki z amarantusa z dodatkiem pszennej. Nie mielę sama, kupuję.
UsuńBardzo piekna i cenna roslina posiadajaca wiele wlasciwosci leczniczych. Mialam okazje sprobowac ;)
OdpowiedzUsuńSliczne jesienne amarantusowe barwy :)
Szczesciara z Ciebie Artenko, ze masz takie skarby na wyciagniecie reki :)
Cały łan tej rośliny pięknie wygląda - kwitnie chyba już od miesiąca:)A może i dłużej:)
UsuńPewnie mam więcej podobnych skarbów wokół siebie, tylko nie zdaję sobie z tego sprawy:)
Nie wiedziałam o tych właściwościach... ba, dopiero teraz dowiaduję się, jak się "toto" nazywa :) Szarłat spotkałam raptem kilka razy w życiu, ale w małych "ogródkowych" ilościach - za to takie pole robi niesamowite wrażenie, na żywo pewnie jeszcze lepsze :)
OdpowiedzUsuńNo, widzisz, nie tylko driakiew, ale i szarłat:) Pole robi faktycznie ogromne wrażenie - ze względu na kolor:)
UsuńTak z ciekawości zaczęłam się zastanawiać... ale całego pola driakwi to chyba nigdzie nie ma :)))
UsuńChyba nie:)
UsuńNa środek płatniczy to bym raczej nie liczyła , ale możesz sobie na wiosnę podebrać trochę liści i pożuć ,wszak oni to chodują chyba głównie na ziarno ,więc krzywdy im nie wyrządzisz :))
OdpowiedzUsuńAle żute liście były dziecięcym pokarmem:)
UsuńAle to matki żuły i się nie otruły ,więc i ty przeżyjesz ,a pewnie tak samo pożywne i zdrowotne jak ziarno ;)))
UsuńA propo żucia dzieciom to w naszym pokoleniu ,też matki rozgryzały naprzykład ziemniaki na łyżce i w formie papki dawały dzieciom ,to z moich wspomnień .
Mario, dla Ciebie jestem w stanie nawet spróbować:) Choć raczej nie gustuję w "wynalazkach". Skoro andyjskie dzieci się nie otruły - to i ja przeżyję:)
UsuńA propos żucia, to pamiętam z książki Geralda Durrella, jak wziął swoją świeżo poślubioną żonę na wyprawę do Ameryki Południowej po zwierzęta do ZOO i znalazł osierocone podrośnięte pisklę jakiegoś bardzo dużego ptaka. Te ptaki jadły tylko lucernę przeżutą przez mamusię i wpychaną im do dzioba, Durrell zasadził więc małżonkę do przeżuwania lucerny... Powiedziała, że gdyby jej ktoś wcześniej powiedział, że spędzi miodowy miesiąc na przeżuwaniu lucerny to chybaby się jeszcze zastanowiła nad ślubem...
UsuńCiekawa była ta podróż poślubna:)))
UsuńSpróbuj Arte spróbuj ,potem powiesz jak smakuje :)))))
UsuńAaa, tu Cię mam, ciekawość Cię zjada:)))
UsuńMam mąkę z amarantusa. W mieszance mąk bezglutenowych robię chlebek albo dodaję do placków ziemniaczanych. A nie wiedziałam że rośnie w Polsce, mimo że kupowałam mąkę z amarantusa z firmy "Szarłat" właśnie. :) Bezglutenowe nasiona i olej z amarantusa doskonały. Nasiona z amarantusa: "wysoka zawartość błonnika wspomagającego właściwe funkcjonowanie jelit" warto zamawiać z firmy Szarłat. :)
OdpowiedzUsuńPonoć już od lat 90-tych istnieją w Polsce plantacje amarantusa:) Uprawa ma same zalety, z wyjątkiem konieczności dosuszania nasion. No cóż - co Lubelszczyna, to nie stoki Andów.
UsuńArtenko, no nie wiedzialam ,ze to taka pozyteczna roslina i to z Ameryki Poludniowej nigdy jej nie widzialam na polach uprawnych, tylko jakies niewielkie ilosci w ogrodkach czy u ogodnikow...najbardziej mnie ciekawi strona estetyczna tych pol uprawnych. musi to byc cos niesamowitego.Ale ciekawostka..dla mnie super! a ja przeciez bylam tak blisko Chelma i takie widowisko stracilam...sciskam serdecznie
OdpowiedzUsuńWidok na taki łan jest niesamowity, szkoda tylko, że nie mam porządnego aparatu, by dokładniej to obfotografować. Rośliny są dość wysokie, takie z 1,2 m, rosną sobie w rządkach odległych o ok. 25-30 cm, łan ciągnie się aż po horyzont:) jest to blisko Włodawy. I ja żałuję, że nie widziałaś tego na własne oczy, a wyobrażasz sobie sesję ślubną na takim tle?:)
UsuńNo wlasnie...sesja slubna, juz to sobie wyobrazam i zarazem nie wyobrazam..to trzeba by zobaczyc i sfotografowac!
UsuńTu chyba nie jestem w stanie robić za modelkę:) Ale gdyby udało się jakąś parę namówić, to może kiedyś wyślę fotografię:)
UsuńZnałam amarantus już od dawna, kilka razy nawet piekłam chleb z mąki amarantusowej . W sklepach ze zdrową żywnością sprzedają też preparowane ziarna amarantusa, coś jak ryż dmuchany. I faktycznie jest bardzo ładną rośliną ozdobną. Plantacja musi wyglądać imponująco.!
OdpowiedzUsuńWygląda to imponująco, ale my z Haną byłybyśmy mało widoczne zza roślinek.
UsuńTo się nazywa ekspandowane nasiona amarantusa. Lubię i jem z jogurtem. Pięknie by takie amarantusowe pole teraz wyglądało. Tak malarsko.
UsuńPięknie takie pole teraz wygląda:) Zaraz obok są pola rzepaku teraz kwitnie, czasami w lecie zdarzają się całe łany maków, ostatniego lata widziałam łan chabrów. Malarz by się tu cieszył mnogością kolorów:)
UsuńPójdę w wolnej chwili do jakiegoś ekosklepu i posmakuję:)
O właśnie, też z jogurtem jadam:)
UsuńTrzeba spróbować z tym jogurtem, bo jeszcze w życiu nie jadłam:)
UsuńLubię takie odkrycia, znałam osobno amarantusa i osobno szarłat, nigdy się jakoś nie pofatygowałam żeby łacińską nazwę poznać :) Myślałam, że on mocno egzotyczny jest, fajnie że można go u nas uprawiać, Śliczne foty :)
OdpowiedzUsuńDziękuję za zachwyt nad fotografiami - w rzeczywistości jest to ogromne amarantowe pole - nic tylko się zachwycać:)
UsuńA ja teraz będę szukać mąki amarantusowej w sklepach:) Takie kwiaty rosną u moich rodziców ogródku i rzeczywiście można z nich robić piękne bukiety, ale że mają taką historię i że są jadalne, nie wiedziałam.
OdpowiedzUsuńW ogródkach też ładnie wyglądają, szczególnie te o zwisających kwiatostanach:)
UsuńO, tak, bardzo ładnie, ale całe pole tych kwiatów to jest dopiero widok:)
UsuńOwszem:)))
UsuńVery interesting post!The amaranth is very healthy!
OdpowiedzUsuńWonderful pictures of the bloomed fields!
Have a happy weekend!
Dimi...
Pięknie dziękuję, pozdrawiam amarantowo:)
UsuńPole wygląda zjawiskowo, nigdy nie widziałam ich tylu na raz :)
OdpowiedzUsuńZgadzam się - zjawiskowo, ten kolor jest niesamowity:)
UsuńJak ja lubię, jak wyszukujesz takie ciekawostki - dzięki :-)
OdpowiedzUsuńMiło mi ogromnie:)
UsuńA u Ciebie jak zwykle bardzo ciekawie:) Lubię do Ciebie zaglądać, zawsze znajdę ciekawe rzeczy:))) Pozdrawiam
OdpowiedzUsuńPięknie dziękuję:)
UsuńCo za cudowne, amarantowe pola!
OdpowiedzUsuńZapraszam na Polesie,na pewno uda się znaleźć też i inne kolory:)))
UsuńJedna z blogowych koleżanek robiła styropian jadalny z amatantusa... :) ale na polu też ładnie wygląda.
OdpowiedzUsuńPewnie coś takiego jak ryż dmuchany:)))
Usuńa ja dziś pierwszy raz kupiłem amarantus lubie kulinarne doświadczenia.
OdpowiedzUsuńSmacznego:)
UsuńFaktycznie bardzo ciekawie napisane. Czekam na więcej.
OdpowiedzUsuńBardzo dziękuję za miły komentarz.
Usuń